Chciały zostać mamami on-line. Z dnia na dzień pozbawiono je kontaktu z dziećmi

05 grudzień 2019
(8 głosów)
Chciały zostać mamami on-line. Z dnia na dzień pozbawiono je kontaktu z dziećmi Adobe Stock

Chciały zostać mamami on-line. Kiedy zaczęły zadawać pytania zostały pozbawione kontaktu z "adoptowanymi" dziećmi. Wpłaconych na konto pieniędzy nigdy nie odzyskały.

Wrzesień 2019 przeglądając Facebooka zobaczyłam post o możliwości pomocy dzieciom z Afryki a dokładnie z Ugandy. Zaadoptowałam Jovana. Miał 10 lat i bardzo chciał w przyszłości zostać lekarzem (Kasia); O programie dowiedziałam się od znajomej, która także adoptowała w ten sposób dwoje dzieci. Bez wahania postanowiłam pomóc. Takich osób jak ja było wiele. (Magdalena); 12 września adoptowałam Teddy i Joela. Przelałam na konto fundacji 460 zł. 30 września na profilu społecznościowym fundacji zauważyłam, że moja internetowa córka, Teddy została ponownie adoptowana. Przez kolejną osobę. (Iwona) – Tak początek współpracy z programem adopcyjnym opisują kobiety, które czują się oszukane i nie wiedzą gdzie ostatecznie znalazły się ich pieniądze.

Połączyła ich wspólna chęć pomocy dzieciom w Afryce

Pomoc miała polegać na regularnym wpłacaniu niedużej sumy pieniędzy na rzecz dzieci. Datki miały być wpłacane bezpośrednio na konto opiekuna w Ugandzie oraz konto prywatne autorki programu do banku w Gliwicach. Koszt adopcji to 100 zł miesięcznie (średnia wypłata w Ugandzie wynosi 815 800.00 UGX w przeliczeniu to 863.12 PLN). Suma ta miała pokrywać zakup materacy, podstawowych artykułów szkolnych, higienicznych, opłat za edukację jak i miesięczne wyżywienie dziecka.  Autorka programu informowała, że opiekują się 67 instytucjami edukacyjnymi w tym wieloma sierocińcami, które nie otrzymują żadnego wsparcia socjalnego, gdyż takie w Ugandzie nie istnieje.

mamy on line1

Każda osoba, która zdecydowała się na taka pomoc stawała się rodzicem on-line. Po wpłaceniu pieniędzy na wybrane konto ugandyjski opiekun wyznaczał adoptowane dziecko. Rodzicom wysyłał zdjęcia  w nowych kreacjach, z materacami w tle czy z książkami szkolnymi. Dzieci były zadowolone i uśmiechnięte. Miały co jeść. Wszystko wyglądało na bardzo profesjonalnie działający system.

Iwona Krzemińska adoptowała sześciolatkę Kani. Według autorki programu,  to niesamowicie uzdolnione dziecko, które w mig uczy się języka angielskiego a wiedzą wyprzedza rówieśników. Dziewczynka była sierotą, rodzice zmarli dwa lata temu na AIDS. Kani znajdowała się pod opieką sierocińca w Kagadi.

Po otrzymaniu zdjęć Kani opublikowałam na Facebooku post z informacją, że adoptowałam dziecko on-line z Ugandy. Wielu z moich znajomych zgłosiło się z pytaniami i chęcią pomocy. 11 września pani autorka programu zaproponowała mi, abym została koordynatorką sierocińca w Polsce. Miałam szukać adopcyjnych mam i rozliczać ugandyjskiego wychowawcę z zadań - opowiada pani Krzemińska.

Chętni, którzy zgłosili się do pani Iwony nie szczędzili pieniędzy, w zamian żądając tylko kontaktu ze "swoim" dzieckiem. W niecały tydzień zgłosiło się około 30 osób i uzbierano ponad 6 tys. zł.

Po krótkim czasie zaczęły się problemy

Zamiast po 100 zł miesięcznie nagle zaczęto zbierać dodatkowe środki na kury czy moskitiery. Dzieci zaczęły chorować, a koszt leczenia wynosił ok. 300 zł. Ugandyjczyk namawiał również do kupowania dzieciom iPhone'ów. Dzięki nim, rodzice mieli by stały i niczym nie ograniczony kontakt ze swoimi dziećmi. Kiedy rodzice zaczęli zadawać pytania i kierować prośby o przesłanie potwierdzeń na co ich pieniądze zostały wydane zaczęły się problemy. W zamian otrzymywali kartki z odręcznym, mało czytelnym pismem, z których nic tak na prawdę nie wynikało.

Na początek wpłaciłam 100 zł. Adoptowałam Martina. Wtedy dowiedziałam się, że są jakieś niejasności. Nie wystąpiłam z programu. Czekałam na wyjaśnienia. Napisałam maila z prośba o pokazanie statutu stowarzyszenia. W odpowiedzi zostałam wywalona z grona znajomych oraz programu. Zdążyłam związać się z Martinem. Nie mam własnych dzieci, nie mogłam również adoptować z różnych powodów. Byłam szczęśliwa, że chociaż w ten sposób mogę jakiemuś dziecku pomóc. Nie mogę go przytulić, ale mogę mu pomóc - wyznaje ze łzami w oczach Magdalena Juszczak - Włodarczyk.

Dwa dni po adopcji spotkałam się ze swoimi znajomymi i przyjaciółmi z różnych stron świata - Anglia, Szkocja, Ekwador, RPA. Oznajmiłam im w euforii, że adoptowałam chłopczyka z Ugandy. Moja euforia szybko została zgaszona: „adopcja z Facebooka (śmiech) Kaśka sprawdziłaś to?! O takich przekrętach już słyszeliśmy! Tego samego wieczoru skontaktowałam się z przyjacielem, który jest specem od komputerów. Poprosiłam go o sprawdzenie podawanego mi adresu sierocińca w Ugandzie. Okazało się, że ośrodek znajduje się w krzaczkach DOSŁOWNIE ! Inny znajomy powiedział, że papiery, które dostałam do podpisu nie maja nic wspólnego z prawdziwymi dokumentami. Gdy zadałam pytania założycielom rzekomej fundacji zostałam automatycznie zablokowana! Już nie jestem mamą - informuje Kasia Obst.

Któregoś dnia zauważyłam, że moja córka Teddy jest ponownie adoptowana. Napisałam pod zdjęciem, że to jakaś straszna pomyłka. Że ona już ma swoją internetową mamę. W odpowiedzi usłyszałam, że nie ma mnie w programie. Nie jestem zarejestrowana. Na pytanie co z pieniędzmi usłyszałam, że to była moja prywatna darowizna dla P. (wychowawcy z Ugandy - dopisek redakcyjny). Dwie inne koordynatorki pod moim komentarzem napisały, że nie sprawdziłam się jako matka i dzieci zostają mi zabrane - opowiada pani Iwona Jokiel.

Około 30 osób z dnia na dzień zostało pozbawionych kontaktu ze swoimi ugandyjskimi dziećmi. Zostali wyrzuceni z programu i zablokowani na Facebooku. 

mamy on line2

Czym jest ten program?

Głównym założeniem programu jest prowadzenie lekcji on-line i takie faktycznie się odbywają. Projekt skierowany jest do wszystkich placówek oświatowych w Polsce i ma na celu pokazanie jak wojna, ubóstwo czy brak dostępu do edukacji wpływa na życie dzieci na świecie. 

Program stworzyłam 6 lat temu. W ramach programu realizowane są 3 projekty - "Lekcje on-line ze Światem" skierowany do szkół, "Zostań moją Mamą, zostań moim Tatą" skierowany do studentów i polskich rodzin, które rozmawiają i edukują małe sierocińce oraz "Pomóż dzieciom wrócić do szkoły" to opieka indywidualna nad uzdolnionymi dziećmi, których sylwetki i sytuację przedstawiam regularnie na stronie. Pomagamy i finansujemy dzieciom uzdolnionym, osieroconym uzyskać wykształcenie i dążyć do poprawy sytuacji ekonomiczno-społecznej w ich rodzinnym kraju – informuje autorka programu. - Pani Iwona sprawowała nadzór początkowo wzorowo, sama deklarowała założenie stowarzyszenia na rzecz dzieci w Kagadi. Nie widziałam problemów. Nie otrzymałam w tym czasie jakichkolwiek wpłat od rodziców adopcyjnych. Te wpłaty przekazywane były przez nich samych bezpośrednio do P. lub na konto Pani Iwony – która zawsze wpłaty przekazywała na rzecz dzieci. P. wysyłał fotorelację z zakupów... jak i utrzymywał kontakt z rodzicami adopcyjnymi niestety rozpoczęły się niesnaski i Pani Iwona zrezygnowała z kontynuacji nadzorowania programu. Od 25 września na prośbę rodziców, którzy nadal chcieli współpracować z dziećmi przejęłam osobiście koordynację nad pomocą dla dzieci w Kagadi. Obecnie wraz z 19 osobami (rodzicami online dzieci) praca przebiega bez zakłóceń – dzieci uczęszczają do szkoły, nie głodują, został dla nich wynajęty duży dom, gdzie mają namiastkę życia rodzinnego. Rzeczywiście 4 lub 5 pań zostało usuniętych z grupy adopcyjnej  na messengerze. 

Przed publikacją tego materiału w informacji zawartej na profilu społecznościowym Facebook wyraźnie zaznaczone było, że program objęty jest honorowym patronatem Rzecznika Praw Dziecka. Poprosiliśmy o komentarz w  tej sprawie. Otrzymaliśmy odpowiedź od Dyrektora Zespołu Prezydialnego RPD Rafała Drzewieckiego, który zaznaczył, że  H.(autorka programu) nigdy nie otrzymała patronatu nad swoim programem. W piśmie z 19 czerwca 2018 roku została poproszona o nieużywanie logo RPD oraz niepowoływanie się na ww. patronat, do czego się nie dostosowała. 31 października 2019 r. Biuro Rzecznika Praw Dziecka zwróciło się ponownie o usunięcie nieprawdziwych informacji ze wszystkich stron organizacji (także mediów społecznościowych) w przeciwnym razie Biuro Rzecznika Praw Dziecka podejmie odpowiednie kroki prawne.

Stowarzyszenie o tej samej nazwie co program pani H. z siedzibą w Pile, w której  H. pełni funkcję wiceprezesa odcina się od programu  H.

28 października H. złożyła prośbę o wykreślenie jej z osób wchodzących w skład organu Stowarzyszenia. Swoją decyzję motywuje tym, że straciła serce do pomagania - poinformowała nas Katarzyna Włodkowska, prezes zarządu.

Dlaczego mamy zostały odcięte od swoich dzieci? Gdzie trafiły pieniądze przekazywane maluchom? Sprawa została zgłoszona na Policję i Prokuraturę.  

 *W powyższym artykule zostały zmienione lub usunięte dane personalne osób tam wskazanych, nazwa fundacji oraz programu. Wszystkie prawdziwe imiona i nazwiska oraz nazwy znane są Redakcji. 

Zdjęcia: Adobe Stock

Katarzyna Mayer Bzowa

Nieważne, czego pragniesz - na świecie jest na to miejsce ...

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść ogłoszeń ani nie zwraca materiałów niezamówionych. Zastrzegamy sobie prawo skracania i adiustacji tekstów oraz ich tytułów.

Na podstawie art. 25 ust.1 pkt 1b prawa autorskiego, wydawca wyraźnie zastrzega, iż dalsze rozpowszechnianie materiałów opublikowanych na portalu internetowym "NewsLubuski.pl" jest zabronione.

Jeżeli widzisz błąd na stronie, napisz do redakcji: NewsLubuski

 

Top

stat4u

Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszego portalu bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.